— Spuściłeś łódź na morze?

— Tak, panie, było to moim obowiązkiem.

— Wiem o tym.

Podniósł wzrok na mnie.

— Czy pan Steerforth nie próbował jeszcze łodzi? — pytałem.

— Nie potrafię powiedzieć, z przeproszeniem pana. Sądzę... ale istotnie powiedzieć nie potrafię. Życzę panu dobrej nocy.

Ukłon jego pełen uszanowania zwrócony był do wszystkich zresztą obecnych. Wyszedł, a myśmy odetchnęli swobodniej. Co do mnie, czułem niejasno, jak gdybym zdradził przed nim mego przyjaciela. Dziwne! Ja, com nic nie miał do ukrycia, doznawałem zawsze wobec Littimera uczucia, jak gdybym się przed nim z czymś zdradził.

Wrażenie to rozproszył pan Micawber, rozwodząc się nad doskonałością tego służącego. Wziął był na swe konto cały ukłon odchodzącego, odpowiadając nań z niewzruszoną powagą.

— Ależ! Ale! — zawołał. — A poncz, kochany Copperfieldzie? Właśnie płonie jak najpiękniej. Jak ci się zdaje, kochanie?

Pani Micawber raczyła uznać, że jest istotnie doskonały.