— A! Tak! Traddles! — rzekł, uderzając pogrzebaczem w żarzące się węgle. — Zawsze taki poczciwiec! Gdzieżeś go, do diabła, upolował?
W odpowiedzi podnosiłem zalety Traddlesa, czując, że go Steerforth lekceważy. Z uśmiechem i zapewnieniem, że miło by mu było spotkać poczciwego tego chłopca, zmienił temat rozmowy, pytając, czy mu dam co przekąsić. W czasie krótkiej, urwanej rozmowy zauważyłem, że gdy przestawał mówić z niezwykłym ożywieniem, uderzał gwałtownie pogrzebaczem po węglach. Oddawał się temu zajęciu, gdym dostawał z szafy resztki pasztetu i sera.
— Ba! — rzekł, siadając u stołu. — Królewskie kęski, a jestem przy apetycie. Wracam z Yarmouth.
— Sądziłem — rzekłem — że przyjeżdżasz z Oksfordu?
— Bynajmniej, bawiłem się żeglugą.
— Littimer był tu dziś — zauważyłem. — Pytał o ciebie. Zrozumiałem, żeś miał nadjechać z Oksfordu, chociaż, o ile sobie teraz przypominam, nie mówił mi tego wyraźnie.
— Głupiec Littimer szuka mnie, dopytuje się o mnie — zawołał, śmiejąc się i trącając się ze mną kieliszkiem. — Jeśliś potrafił go zrozumieć, mądra z ciebie sztuka.
— Prawda! — zaśmiałem się, przysuwając się bliżej. — Mądry będzie, kto go zrozumie! Byłeś zatem w Yarmouth! Długo?
— Nie! Tak około tygodnia, mała eskapada.
— Jakże się tam wszyscy mają? Emilka nie wyszła jeszcze za mąż?