— Gdzież bywał? — mówiła żywo, z ogniem w oczach. — W jakimże przedsięwzięciu dopomaga mu ten niegodziwiec, który mi w oczy spojrzeć nie śmie? Nie, nie pytam pana o tajemnicę przyjaciela, nie masz prawa go zdradzać, pytam tylko, czy gniew to, nienawiść, duma, niepokój, szalona jakaś fantazja, czy miłość, która nim kieruje, która go pochłania.

— Panno Dartle — odrzekłem — jakże potrafię przekonać panią, że się nic nie zmieniło, odkąd byłem tu po raz pierwszy, że nic się nie stało i zaledwie zrozumieć mogę, o co pani idzie.

Patrzała na mnie, a jakieś drganie bólu wewnętrznego przebiegało po bliźnie, podnosząc końce jej ust, malując na twarzy wyraz wzgardy i pewnego politowania. Szybko podniosła rękę, tak szczupłą i delikatną, że ją mimo woli przyrównałem do porcelanowej, i rzuciwszy mi ogniste spojrzenie rzekła szybko, rozkazująco, namiętnie:

— Ani słowa o tym, nikomu. Liczę na sekret.

Pani Steerforth nie mogła się dość nacieszyć synem, który jej dnia tego szczególne jakieś okazywał przywiązanie. Zajmował mnie ten widok, nie tylko z tego względu, lecz i dla istniejącego pomiędzy matką a synem uderzającego podobieństwa. Kobiecość i wiek złagodziły i zmieniały w pełną godności powagę u matki to, co u syna było dumą i porywczością. Myślałem, że dobrze jest, gdy pomiędzy dwiema podobnymi naturami nie przyjdzie do poważniejszego starcia, gdyż każde starcie pomiędzy dwiema podobnymi naturami, powiem raczej pomiędzy dwoma odcieniami jednej natury, gwałtowniejsze bywa niż gdzie indziej. Myśl ta zresztą nie należała do mnie w zupełności, natchnęła mnie nią panna Dartle.

Powiedziała ona przy stole:

— O! Proszę, niech mi kto powie, myślę o tym dzień cały i chciałabym wiedzieć...

— Co takiego, Różo? — spytała pani Steerforth. — Proszę cię, nie bądźże tak tajemnicza.

— Tajemnicza! — zawołała. — Jak to? Ja jestem tajemnicza, doprawdy?

— Ileż razy prosiłam cię — rzekła pani Steerforth — abyś mówiła wprost, co myślisz.