— Hm! — zaczęła ciotka Betsey, wracając obojętnie na uprzednio zajmowane przy kominku miejsce — a kiedyż to spodziewasz się?...
— Czuję się słaba — wyjęknęła moja matka — nie wiem, co mi jest, pewnie nie przeżyję tego...
— O! o! — uspokajała ciotka — napij się tylko herbaty.
— Gdyby mi to pomogło!
— Pomoże, niewątpliwie pomoże, wyobrażasz sobie więcej, niż jest. Jak na imię tej dziewczynie?
— Sama nie wiem jeszcze, czy to będzie dziewczynka — zauważyła naiwnie moja matka.
— Niech nieba mają w swej pieczy to dziecię — zawołała ciotka, bezwiednie powtarzając sentencję wypisaną na pewnej szufladzie szafy w pokoju mojej matki, w której złożono początek mego doczesnego dobytku — wcale nie to miałam na myśli. Myślałam o służącej.
— Peggotty — odrzekła moja matka.
— Peggotty — powtórzyła z pewnym oburzeniem ciotka — chcesz we mnie wmówić, mała, że chrześcijańska dusza została ochrzczona podobnym imieniem?
— To jest jej nazwisko — odrzekła słabnąc moja matka — po nazwisku nazywał ją mój mąż, gdyż Peggotty nosi moje imię.