Nie było z początku odpowiedzi, usłyszałem tylko powtórnie moje imię, lecz wymówione głosem tak stłumionym i niezwykłym, że przeląkłbym się, gdybym się nie domyślił, że głos przechodzi przez dziurkę od klucza.

Podbiegłem do drzwi i, przytulając usta do klamki, spytałem z cicha:

— Tyś to, kochana Peggotty?

— Ja sama, drogi, złoty mój paniczu! Cicho, by nas nie podsłuchało to kocie ucho.

Domyśliłem się, że mowa o pannie Murdstone, której pokój przylegał do mego.

— Jak się czuje mama? — pytałem. — Czy bardzo się na mnie gniewa?

Słyszałem poza drzwiami ciche łkanie poczciwej Peggotty; dobra minęła chwila, zanim odpowiedziała:

— Nie, nie bardzo.

— Co też zamierzają począć ze mną? — pytałem. — Możeś słyszała64, kochana moja Peggotty?

— Szkoła w pobliżu Londynu — odrzekła.