— Bliżej, chłopcze — skinął na mnie pan Creakle.

— Bliżej — zakomenderował człowiek o drewnianej nodze.

— Mam zaszczyt — biorąc mię za ucho, mówił pan Creakle — znać twego ojczyma. Człowiek to wielce zacny, obdarzony niepospolitym hartem duszy. Znamy się z sobą dobrze; a czy ty znasz mnie? — i uszczypnął mnie żartobliwie, lecz boleśnie w ucho.

— Jeszcze nie, panie — wyjąkałem.

— Jeszcze nie! Ha! Poznamy się prędko.

— Prędko — powtórzył pedel, który, jak się przekonałem potem, był pośrednikiem pomiędzy panem Creakle i uczniami.

Umierając ze strachu i czując, jak mię pali ustawicznie przez pana Creakle targane ucho, zapewniałem, że nie wątpię, iż się poznamy.

— Powiem ci od razu, kim jestem — ciągnął, puszczając wreszcie moje ucho. — Jestem Rzymianinem.

— Rzymianinem — potwierdził kulawy pedel.

— Słowa dotrzymuję, a kiedy raz coś powiem, to już musi być to co do joty80 spełnione.