— Niech pan, panie Peggotty — rzekłem — wysyłając do nas wiadomy list, poprosi, aby wspomniano w nim i o tym, że pan Steerforth niezrównanie dobry jest dla mnie. Nie wiem, co bym tu począł bez niego.

— Głupstwa! — zawołał, śmiejąc się, mój przyjaciel. — Zabawnie mówić o tym.

— A jeśli kiedy — ciągnąłem — pan Steerforth odwiedzi Norfolk lub Suffolk, przywiozę go najpewniej do Yarmouth w odwiedziny do pana. Nie uwierzysz, Steerforth, jaki dziwny jest ich dom. Wyobraź sobie, cały się mieści w jednej łodzi.

— Jak to, zrobiony z łodzi? — zawołał wesoło mój przyjaciel. — Przybytek godny żeglarza!

— Tak, panie! Najzupełniej — potakiwał oczarowany Ham. — Masz pan słuszność, najzupełniejszą słuszność. Panicz Davy wie, że jestem nieodrodnym żeglarzem, tak jak i on — wskazał na wuja, który nie mniej od chłopaka oczarowany, z mniejszą tylko skwapliwością połknął komplement. Kłaniając się i mnąc końce okalającej mu szyję chustki, dziękował skromnie:

— Wdzięczny, nieskończenie wdzięczny jestem... Każdy, panie, czyni, co może!... Spełniam po prostu swój obowiązek.

— Najlepsi to właśnie ludzie, którzy spełniają swój obowiązek, panie Peggotty — rzekł Steerforth, który od razu pochwycił i zapamiętał nazwisko rybaka.

— Tak sądzę, tak sądzę, istotnie — mówił ten ostatni. — Dziękuję panu, wdzięczny jestem za jego uprzejmość dla nas. Prości jesteśmy ludzie, lecz szczerzy... Mam nadzieję, że mnie pan zrozumie, zawsze gotowi do usług, chata moja szczupła, ale na usługi. Jeśliby istotnie zechciał pan odwiedzić nas kiedy z paniczem...

Mówiąc to, zabierał się do wyjścia i za każdym słowem wracał się od drzwi i kłaniał:

— Bądźcie zdrowi! Obu paniczom życzę wszelkiej, wszelkiej pomyślności!