— Niech go! — rzekła wreszcie Peggotty — chce się ze mną żenić.
— To byłaby dla ciebie bardzo dobra partia — zauważyła moja matka.
— Może być, sama nie wiem — odparła Peggotty. — Ale choćby był złoty cały, ja nie chcę.
— Czemuż mu tego nie powiesz? Ty zabawne stworzenie!
— A co mam mówić — broniła się, uchylając fartucha, Peggotty — kiedy ani razu nie wspomniał o tym, ani w ogóle o niczym. Oho, nie śmiałby! Wydrapałabym mu oczy!
Nigdy jeszcze nie widziałem Peggotty tak czerwonej jak wtedy. Kilka razy kryła twarz w fartuchu, wybuchając śmiechem. Matka moja, chociaż się też uśmiechała, była jednak zamyślona. Teraz dopiero dostrzegłem zmiany w jej twarzy. Ładna była jak zawsze, lecz schudła i posmutniała. Ręce też jej wyszczuplały, zbladły, wydawały się niemal przezroczyste. Nie na tym jednak polegała główna zmiana. Była wciąż wystraszona jakby i niepewna. Po jakimś czasie, kładąc rękę na ramieniu wiernej sługi, rzekła:
— Peggotty! Nie wyjdziesz za mąż?
— Ja, pani? — odrzekła Peggotty, wytrzeszczając oczy. — Nie, nigdy!
— Przynajmniej nie teraz, nie zaraz — prosiła tkliwie matka moja.
— Nigdy! — wołała Peggotty.