— Spoczywa na łonie swej matki — rzekł po chwili.
— Biedactwo! umarł!
— Niech kawaler nie bierze tego tak do serca. Tak, umarł.
Wiadomość ta rozdrażniła świeże moje rany, odepchnąłem filiżankę z herbatą i opierając głowę na drugim stole, przy którym Minnie szyła, zacząłem wylewać nowe i dla roboty szwaczki groźne łez potoki; toteż Minnie szybko odsunęła robotę. Dobra to musiała być dziewczyna, gdyż odgarniała mi łagodnie i pieszczotliwie włosy z czoła. Wesołość jej zresztą nie cierpiała na tym, cieszyła się skończeniem w porę roboty.
Za oknem ucichło, a do pokoju wszedł przystojny chłopak z młotkiem w ręku i ustami pełnymi ćwieczków, które musiał z nich wyjąć, zanim przemówił.
— A co, Joram? — spytał krawiec.
— Wszystko gotowe — odrzekł.
Minnie zarumieniła się tymczasem, a towarzyszki jej zamieniały uśmiechy.
— Byłeś tam wczoraj wieczorem, co? Przy świecach, gdym poszedł do klubu, co? — pytał pan Omer.
— Tak! — odrzekł Joram — pobiegliśmy razem z Minnie, by wziąć miarę. Może by pan zobaczył.