— Mąż mój ma zapewne wady, winy — ciągnęła, patrząc na ścianę — wiem, że skrywał przede mną istotny stan swych interesów, w innym przedstawiał świetle, tym niemniej nie opuszczę go nigdy.

Tu łkania mówiącej wzmogły się do tego stopnia, że przerażony pobiegłem do klubu po biesiadującego tam małżonka. Siedział on przy długim stole, wtórując śpiewającym chórem:

Nalej Dobbin,

Dalej Dobbin,

Wychyl Dobbin!

Nalej Dobbin...

Na wieść o stanie, w jakim się znajdowała jego połowica, rozpłakał się i wybiegł za mną z surdutem pokrytym odłamkami skorupek raków, które właśnie spożywał.

— Co ci jest, aniele mój! Emmo! — wołał, wpadając do celi.

— Nie opuszczę cię nigdy, nigdy! — wołała, rzucając mu się w objęcia żona.

— Święcie ci wierzę, aniele mój! Przekonany o tym jestem.