Wzrok mój jednak, mniej od ust posłuszny, zwracał się ustawicznie na ciotkę. Za każdym razem dostrzegałem zamyślone oczy utkwione we mnie, lecz tak jak gdybym był nie wiem jak oddalony, nie zaś siedział naprzeciw niej przy niewielkim okrągłym stoliku. Po spożyciu śniadania oparła się o poręcz fotela, złożyła na piersiach ramiona, ściągnęła brew, wpatrując się we mnie z większym jeszcze niż poprzednio natężeniem. Mieszało to mnie, a żem nie skończył jeszcze śniadania, starałem się pokryć zmieszanie jedzeniem, lecz sztućce dzwoniły po talerzu, chwytałem w powietrzu za duże kęski szynki, krztusiłem się w pośpiechu łykaną herbatą.
— Hum! — mruknęła wreszcie ciotka.
Spojrzałem na nią nieśmiało.
— Pisałam do niego — rzekła.
— Do...?
— Do twego ojczyma. Wezwałam go, aby się ze mną na czysto rozmówił.
— Czy wie, gdzie się znajduję? — pytałem przerażony.
— Właśnie, pisałam mu to.
— I... czy mam mu być oddany? — wyjąknąłem.
— Zobaczymy — odparła ciotka.