Upewniłem ciotkę, że się najchętniej zastosuję do jej zleceń, i wchodząc na schody, rozmyślałem, nad czym pan Dick pracować może. Wnosząc z tego, com ujrzał wchodząc, pracować musiał ciężko. Siedział z ogromnym piórem w ręku i z głową prawie położoną na papierze, a tak był pochłonięty pisaniem, że miałem sporo czasu przypatrzyć się i papierowemu latawcowi zwieszonemu nad biurkiem, i zwojom rękopisów leżącym na biurku przy stosach piór, a przede wszystkim już niesłychanej ilości atramentu zapełniającego tuziny całe przeróżnych rozmiarów flaszek i flaszeczek.

— O, Febusie! — zawołał, odkładając na bok pióro. — Jak się to wszystko składa na świecie... Chciałbym coś o tym wtrącić, ale jak obrócić, ale jak obrócić... — dodał ciszej, a dostrzegłszy mnie, nachylił się i nad samym zawołał mi uchem:

— Na szalonym świecie. Co prawda, dom wariatów, chłopcze!

Zaśmiał się wesoło i ze stojącej na stole tabakierki wziął niuch tabaki.

Nie śmiejąc wyrazić zdania w tak zawiłej kwestii, powtórzyłem zlecenie, jakie mi dano.

— Dobrze — odrzekł pan Dick — wzajemnie oświadcz jej me uszanowanie. Uważam, żem się posunął... Byłeś w szkole?

Przy tym pytaniu spojrzał na swój rękopis.

— Tak panie, niedługo.

— Czy pamiętasz — spytał, porywając pióro — datę ścięcia Karola I151?

Odpowiedziałem, że miało to miejsce w tysiąc sześćset czterdziestym dziewiątym roku.