— Adoptowałam go — odrzekła z obojętnym skinieniem dłoni, jakby obojętne jej było, co mu jest znane, a co nieznane — i oto przywiozłam go tu, chcąc umieścić w szkole, gdzie by się mógł dobrze uczyć i dobrze być traktowany. Niechże mi pan powie, gdzie się mam udać.
— Zanim udzielę pani stosownej rady — rzekł prawnik — pozwolę sobie postawić pytanie. O! Zwykłe moje pytanie: jakie pobudki skłoniły panią do tego?
— Macie go! — zawołała ciotka. — Znów pobudki! Jak gdyby nie były one widoczne jak na dłoni. Idzie mi o dobro dziecka.
— Jest to zapewne pobudka złożonej natury — potrząsnął głową z niedowierzającym uśmiechem.
— Złożonej! Pleciesz pan banialuki! — odparła żywo ciotka. — Sądzisz, że tylko sam jeden posiadasz jakiś cel zupełny, jedyny, jak gdybyś pan był tylko jednym uczciwym na całym świecie człowiekiem.
— Aj — zauważył z uśmiechem — ja bo istotnie mam jeden tylko cel w życiu, inni mają ich po kilka, kilkanaście, nieraz po tysiąc najrozmaitszych. A ja mam jeden, jedyny, w tym rzecz. Nie wchodzi to jednak w tę sprawę. Najlepsza szkoła? Mniejsza o pobudki, żądasz pani najlepszej, co?
Ciotka skłoniła twierdząco głową.
— W najlepszej, jaką posiadamy — rzekł rozważnie prawnik — wnuk pani mieszkania nie znajdzie.
— Trzeba przecie, aby gdziekolwiek mieszkał — wtrąciła ciotka.
Prawnik zgodził się z tym, a po długich naradach ofiarował się towarzyszyć jej do szkoły i do paru domów, gdzie można byłoby mnie umieścić. Ciotka przyjęła propozycję i mieliśmy już właśnie wychodzić, gdy nagle zatrzymał się, mówiąc: