— Wszak nie byłaś nigdy w szkole? — spytałem.
— Owszem — odrzekła — uczę się co dzień.
— A, tak we własnym domu?
— Papa, widzisz, nie może mnie z domu uwolnić — rzekła, śmiejąc się i wstrząsając główką — przecież jestem tu gospodynią.
— Musi cię bardzo kochać?
Skłoniła główką, wsłuchując się, czy nie nadchodzi czasem. Nie. Odeszła więc ode drzwi.
— Mama umarła, wydając mnie na świat — mówiła spokojnie. — Znam ją tylko z portretu, tam, na dole. Przypatrywałeś mu się wczoraj, ale czyś się domyślił, kogo przedstawia?
Odpowiedziałem, żem się, sądząc z podobieństwa, domyślił.
— I papa tak uważa — mówiła zadowolona. — Cyt! Oto i on.
Twarzyczka jej jaśniała radością. Wzięła ojca za rękę i tak szła dalej. Prawnik powitał mnie serdecznie, oświadczając, że mi dobrze z pewnością będzie w szkole doktora Stronga, najzacniejszego pod słońcem człowieka.