— Nie spodziewam się jednak, abyś pan, panie Copperfield, dotrzymał słowa! Za maluczcy jesteśmy!

Trudno by mi było określić, czym lubił lub nie lubił tego chłopca, teraz nawet w uczuciach moich w tym względzie panuje chaos pewien. Dość, że mnie ostatnie jego słowa ubodły. Przynajmniej posądzanie mnie o dumę i wzgardliwość. Upewniłem Uriaha, żem tylko czekał zaproszenia.

— Jeśli o to idzie — zawołał — jeśli to nie niskość naszej kondycji powstrzymuje pana, przyjdź, proszę, dziś wieczorem. Niech to jednak pana, panie Copperfield, w niczym, ale to w niczym nie krępuje. Wiemy, jak jesteśmy maluczcy, i dobrze znamy nasze położenie.

Odpowiedziałem, że uzyskam u pana Wickfielda pozwolenie spędzenia wieczoru w domu matki Uriaha, a żem zresztą pozwolenia był pewien, obiecałem przyjść punktualnie na szóstą po południu.

— Wielki to będzie dla mej matki zaszczyt — rzekł Uriah, gdyśmy szli do jego domu. — Czułaby się dumną, gdyby duma nie była grzechem.

— A jednak rano posądziłeś mnie o dumę — zarzuciłem.

— O, nie, panie Copperfield, wcale nie, jakżebym mógł... Nie poczytałbym wcale za dumę, jeślibyś pan nawet osądził nas za nieodpowiednie dla siebie towarzystwo. Wiem przecie, jak maluczkimi jesteśmy.

— Dalekoś postąpił200 w studiach prawnych? — spytałem, pragnąc zmienić rozmowę.

— O! Panie Copperfield — odrzekł z pokorą. — Czyż usiłowania moje zasługują na nazwę studiów? Czasem, wieczorem, dane mi jest spędzić jaką godzinkę z boskim panem Tiddem.

— Ciężka to rzecz, sądzę.