— Dobrze — rzekła — lecz chyba następny taniec.
Był to walc. Zbliżyłem się.
— Pan walcuje? — spytała niedowierzająco. — Bo jeśli nie, to kapitan Bailey...
Szczęściem walcowałem i to wcale nieźle. Sprzątnąłem zamaszyście moją tancerkę tuż sprzed nosa stojącego już przy niej kapitana. Musiałem go obrazić. Co mi tam! A ja czy nie byłem przed chwilą obrażony? To wiem tylko, żem na sali dźwięków, z aniołem w objęciu, w rozkosznym marzeniu pływał w przestrzeni, aż wreszcie znalazłem się w gabineciku, na sofce, tuż przy niej. Właśnie podziwiała kwiat, który miałem w butonierce: pąsową, pół korony kosztującą kamelię. Podałem ją jej, mówiąc:
— Wymagam za nią zapłaty, a cenię wysoko.
— Doprawdy? — spytała. — A jakiejże zapłaty?
— Kwiat z rąk pani posiada dla mnie cenę samej Golkondy214.
— Zepsute z pana dziecko. Ot co!
Podała mi kwiecie, które do ust przycisnąłem i schowałem do kieszonki od kamizelki. Zaśmiała się i, kładąc rękę na mym ramieniu, rzekła:
— Niechże mię pan teraz odprowadzi do kapitana Bailey.