— Ale czym mogę panu służyć? Herbatą? — dodał.
Podziękowałem. Byłem po śniadaniu.
— Aha! — mówił, przypominając sobie. — Peggotty, ta żona woźnicy Barkisa, miała jakieś z waszą rodziną stosunki? Aha! Służyła u was?
Potwierdziłem.
— Gdyby to oddech tak wracał z pamięcią — rzekł. — Otóż widzi pan, mamy tu obecnie jej krewną. Zręczna i nikt więcej od niej posiadać w krawieczyźnie nie może dobrego smaku. Księżniczka, mówię panu!
— Mała Emilka! — zawołałem.
— Na imię jej Emilka i niewielka! Ale za to twarzyczka! Kobiety zjadłyby ją w kaszy, gdyby mogły.
— Nie wiadomo, co ojciec bredzi! — zaoponowała córka.
— Nie mówię tego o tobie, duszko — tłumaczył się ojciec, mrugając ku mnie — ale o połowie co najmniej mieszkanek Yarmouth, a i na pięć mil dokoła. Zjadłyby ją.
— Niechby się skromnie trzymała na swym miejscu — odcięła się młoda pani Joram — i nie dawała powodu do plotek.