— Ach, panie Barkis! Rozmawialiśmy o tym nieraz, pamiętam!

— Gotów byłem — zauważył.

— O, od dawna!

— I nie żałuję tego — odrzekł. — A czy pamiętasz pan, jak mówiłeś mi o jej zręczności w pieczeniu ciasta z jabłkami i gotowaniu?

— Doskonale.

— Święta to była, rzetelna prawda — twierdził, potrząsając szlafmycą i zwracając wzrok na mnie, czekał potwierdzenia swoich słów.

— Święta prawda — powtarzał. — Taki biedak jak ja dość ma czasu do rozmyślania, leżąc nieruchomo. Nieszczęsny jestem człowiek, bardzo chory!

— Przykro mi to słyszeć, panie Barkis.

— Bardzo biedny, doprawdy — skarżył się.

Tu, wysuwając prawą rękę spod kołdry, ujął z trudnością kij przywiązany do poręczy i po chwilowym bezskutecznym szukaniu nim tu i ówdzie, przy czym twarz jego najrozmaitszy przybierała wyraz, natrafił na skrzynkę, której bok jeden wyglądał spod łóżka. Uspokoił się.