— Chce zapewne prosić o jałmużnę — rzekłem.
— Żebraczka nie jest wprawdzie zjawiskiem nowym, lecz dziwne, że o tej porze i dzisiejszej nocy wcieliła się w tę właśnie postać.
— Czemu?
— Ha, może dlatego, że mi się właśnie coś podobnego marzyło. Skąd się, do diabła, wzięła ta mara?
— Spod tego oto węgła — rzekłem, wchodząc w ulicę obrzeżoną długim murem.
— Znikła! — rzekł, oglądając się raz jeszcze, Steerforth. — Oby tak wszystko złe przepadło! A teraz na obiad!
Obejrzał się jednak jeszcze raz jeden i drugi i przez resztę drogi był zamyślony. Dopiero gdyśmy zasiedli za stołem pod jarzącym światłem zapalonego kandelabru239, wróciła mu zwykła swoboda humoru.
Zastaliśmy Littimera; oddziaływał na mnie tak jak zawsze. Na pytanie moje, jak się mają pani Steerforth i panna Dartle, odpowiedział mi z uszanowaniem (naturalnie, że i z godnością), że są zdrowe i pozdrawiają mnie. Tyle tylko! Lecz w samym jego głosie dźwięczało: „młody jesteś, bardzo jeszcze młody, niedoświadczony, niedopieczony”.
Przy końcu obiadu przystąpił bliżej, wysuwając się spoza krzesła swego pana, skąd zdawał się pilnować nas, czyli mnie raczej.
— Za pozwoleniem pańskim — rzekł — panna Mowcher przybyła.