— Kwiatku mój! — wołała, mrugając na mego przyjaciela. — Jakim sposobem tu się znalazłeś? O, niedobry, niegodziwy chłopcze! Zawsze poza domem! Na jakiejś, ręczę, swawoli! W czepku się urodziłeś, tak jak i ja! Cha, cha, cha! Mógłbyś iść o zakład, sto przeciw pięciu, że mnie tu nie spotkasz. Co? Prawda? A ja tymczasem wyrastam jak z ziemi, i tu, i tam, wszędzie i nigdzie! Jak zaczarowane półkorony w chustce sztukmistrza! Mówiąc o chustkach do nosa i o paniach: jakąż pociechą jesteś, drogi chłopcze, dla twojej szczęśliwej matki.

Mówiąc to, rozwiązała kapelusz, odrzuciła w tył wstążki i usiadła, dysząc na podnóżku przed ogniem, szukając osłony w mahoniowym stole, rzucającym cień na jej głowę.

— O, gwiazdy wy moje! — zawołała, opierając ręce o kolana i przypatrując mi się bystro. — Zanadto tęga jestem, panie Steerforcie! Fakt to. Po tych schodach oddechu też złapać nie mogę, wyglądam jak pęcherz wypełniony wodą, lecz przyznaj, że w oknie drugiego piętra wziąłbyś mnie za wcale przystojną kobiecinę.

— Zawsze i wszędzie to przyznaję — upewniał Steerforth.

— Gadaj zdrów! — zawołała, machając na niego chusteczką do nosa, którą wycierała spoconą twarz. — Gadaj zdrów! Na honor, byłam w zeszłym tygodniu u lady Mithers. To mi kobieta! A ubrana! I samego Mithersa widziałam. To mi mężczyzna! A odziany! W peruce, jak Boga kocham, w peruce! Tak się do mnie podsiadał, że już chciałam zadzwonić. Przyjemny, bardzo przyjemny mężczyzna, tylko bez zasad, rozpustnik.

— Co też tam pani robiła? — spytał Steerforth.

— Aha! — rzekła, podnosząc znów rękę do oczu i rozszerzając powieki na znak porozumienia. — Aha! Ciekaw jesteś, czy jej dawałam receptę od wypadania włosów, czy na farbowanie, na bielidło, czy na brwi czernienie. Aha! A czy wiesz czasem, jak się mój dziad nazywał?

— Nie wiem.

— Walker, kotku, Walker! Ostatni z Walkerów, toteż odziedziczyłam po nim całe państwo kruczków.

Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać nic podobnego do tej karlicy. Dziwiła mnie, wprawiała w zdumienie. Miała właściwy sobie sposób mówienia i słuchania, dopominania się odpowiedzi na to, co sama mówiła, przechylania głowy i przymrużania oczu. Napatrzyć się na nią nie mogłem, w zdumieniu zapominając o grzeczności.