— Trot! Dziecko moje! — zawołała przerażona ciotka. — Nie wiem sama, co począć.

— Niech się ciotka uspokoi — perswadowałem. — Nie ma się czego bać. Niech ciotka wejdzie do któregoś tu sklepu, a ja się rozprawię z tym jegomościem.

— Za nic, za nic! — zawołała. — Nie trzeba, abyś z nim mówił. Proszę cię, zabraniam!

— Ależ na Boga, ciotko! To jakiś bezczelny żebrak.

Zatrzymaliśmy się w pustej bramie. Mężczyzna ów też się zatrzymał.

— Nie patrz na niego, nie oglądaj się — mówiła ciotka, od zmysłów niemal odchodząc. — Ot, zawołaj mi lepiej dorożkę, a sam tu na mnie poczekasz.

— Mam cię puścić samą?

— Tak, samą, muszę — odrzekła stanowczo — samą z nim.

— Z nim? Z tym nieznajomym?

— Nie, nie zwariowałam, dziecko moje, wiem, co robię, i mówię ci, że muszę się z nim rozmówić. Zawołaj dorożkę.