— Mieszkanie cacko! — zawołała pani Crupp.
Weszliśmy na schody. Właściwie mówiąc, było to poddasze, co wszelako ze względów pożarowych podobało się raczej ciotce. Niskie drzwiczki, ciemny przedpokoik i dwa mikroskopijne pokoiki. Meble stare, ale dla mnie dostateczne. Gdzieś tam, w oddali, za murem, musiała istotnie być rzeka.
Wszystko to zachwycało mnie. Wyobrażałem sobie rozkosze mieszkania w podobnym lokalu, podczas gdy ciotka umawiała się o cenę. Po niejakim czasie rzecz wydała mi się załatwiona.
— Czy te meble pozostały po ostatnim lokatorze? — spytała ciotka.
— Oczywiście, pani — odrzekła gospodyni.
— Cóż się z nim stało? — pytała znów ciotka.
Pani Crupp zakaszlała się.
— Chorował — bełkotała — ano... tak... niby... umarł!
— Z czego? — zawołała ciotka.
— A tak... niby... z pijaństwa i... od dymu, wiadomo.