— Widzisz mnie przed sobą we własnej osobie — dorzuciła nowo przybyła.
Obie usiadły u kominka. Po kilku chwilach nieprzerwanego przez ciotkę Betsey milczenia matka moja wybuchnęła płaczem.
— Ts... ts... ts... — upominała ją ciotka — uspokój się, uspokój.
Długo biedna kobieta nie mogła się uspokoić.
— A teraz zdejm10 ten czepek — zadecydowała przybyła — niech ci się przypatrzę.
Matka moja tak była przerażona, że gdyby nawet i chciała, nie śmiałaby sprzeciwić się dziwnemu nieco żądaniu swego gościa.
Drżącą ręką sięgając po wdowi czepek, w pośpiechu rozrzuciła włosy, które spłynęły na jej twarz i ramiona.
— Ależ to dziecko! Istne dziecko! — zawołała panna Betsey.
Istotnie matka moja była młoda, a wyglądała jeszcze młodziej. Spuściła tedy głowę, przyznając się do tego mimowolnego grzechu, i łkając upewniała ciotkę, że na nieszczęście młodą jest, zbyt młodą na wdowę, na matkę... jeśli notabene11 przeżyć zdoła to, co jej grozi... Zdawało się jej przy tym, że gdy tak skarżyła się, płacząc rzewnie, czuła przesuwającą się po swych włosach pieszczotliwą i miękką kobiecą rękę. Musiało to być jednak przywidzenie. Gdy podniosła załzawione oczy, ciotka siedziała na krześle prosta i sztywna, z założonymi na piersiach rękoma, z nogą wspartą o kratę kominka.
— Ha! — ozwała się po chwili — „Wroni Bór”, dlaczego mianowicie „Wroni Bór”?