Droga Agnieszko!

List Twój godny Ciebie, większą pochwałą obdarzyć go nie mogę. Więcej ci powiedzieć nie mogę. Przyjdę o czwartej.

Przywiązany i zawstydzony T. C.

Tę to kartkę — o mało żem go z ulicy nie odwołał — posłaniec poniósł: Ely Place, Holborn.

Jeśli był jeszcze ktoś dnia tego w Commons, komu się czas o połowę wydawał tak długi jak mnie, żałuję go serdecznie. Chociaż wyszedłem już o wpół do trzeciej i szybkim krokiem zbliżałem się do Ely Place, czwarta wybiła dawno na zegarze św. Andrzeja, zanim zdecydowałem się zadzwonić do drzwi mieszkania pana Waterbrook.

Kancelaria pana Waterbrook znajdowała się na dole, prywatne zaś jego mieszkanie na piętrze. Wprowadzono mnie do eleganckiego, lecz małego saloniku. Zastałem tam Agnieszkę z robótką w ręku.

Była tak dobra, szczera i pobłażliwa, tak mi się żywo przypomniały szkolne czasy, kilka lat spędzonych pod jednym z nią dachem, taki mnie ogarnął wstyd i żal, żem się po prostu rozpłakał i po dziś dzień nie potrafiłbym powiedzieć, czym się z trudnego zadania wywiązał w ten sposób najrozumniej czy najśmieszniej.

— Gdyby mnie widział w tym opłakanym stanie kto inny — mówiłem, odwracając głowę — mniej by to mnie bolało, ale ty właśnie! Wolałbym umrzeć!

Położyła dłoń na mym ramieniu. Dotknięcie jej inne było niż wszystkie inne dotknięcia. Taka mię przepełniała wdzięczność, że ująłem jej rękę i do ust podniosłem.

— Usiądź i uspokój się — mówiła łagodnie. — Komu zaufasz, jeśli nie mnie?