Zaledwie to wyrzekła, wtoczyła się do pokoju pani Waterbrook, szeroka czy tylko w szeroką suknię ubrana, nie potrafię tego powiedzieć, gdyż nie umiałem wówczas odróżnić sukni od kobiety, pamiętałem tylko niejasno, niby w jakimś kalejdoskopie, żem ją był widział w teatrze. Co do niej, zdawała się przypominać mnie sobie doskonale i posądzać, żem jeszcze nie wytrzeźwiał. Przekonawszy się jednak, że jestem trzeźwym i — tak sobie tuszę — nader skromnym młodzieńcem, udobruchała się, pytając po pierwsze, czy uczęszczam na spacery, po wtóre, czy bywam w towarzystwie. Negatywna moja odpowiedź na oba te pytania zachwiała znów dobre jej o mnie mniemanie. Nie okazała mi jednak tego, owszem, zaprosiła mnie uprzejmie na obiad na dzień następny. Podziękowałem i pożegnałem obie panie. Przechodząc, wstąpiłem do kancelarii na dole, pytając o Uriaha. Nie zastawszy go, zostawiłem bilet.

Gdym przyszedł nazajutrz na obiad, taki mnie z otwartych drzwi do kuchni uderzył zapach baraniny, żem się domyślił, iż nie sam tylko jestem zaproszony. W przedpokoju spotkał mnie i zaanonsował przebrany za lokaja posłaniec. Wyglądał, jak gdyby widział mnie dopiero pierwszy raz w życiu, poznał mnie jednak niewątpliwie, tak jak ja go poznałem od razu. Żaden jednak z nas tego po sobie nie pokazał.

Pan Waterbrook był to dżentelmen w średnim wieku, z krótką szyją wyłaniającą się z szerokiego białego kołnierza, a brakowało mu tylko czarnego nosa i łebka dla skończonego podobieństwa z mopsem. Powiedział mi, że się czuje nader zaszczycony poznaniem mnie, a gdym powitał pana Waterbrook, przedstawił mnie pysznej jakiejś damie w czarnej aksamitnej sukni i czarnym czepcu, należącej niewątpliwie do rodziny nieboszczyka Hamleta267; mogła być jego ciotką.

Dama ta, pani Spiker z nazwiska, była żoną człowieka tak chłodnego, że siwa jego głowa zdawała się być obsypana szronem. Wszyscy mu okazywali niesłychane uszanowanie. Agnieszka mówiła, że był prokuratorem, nie wiem już gdzie, Skarbu, zdaje mi się.

Pomiędzy zaproszonymi zastałem Uriaha Heep. W czarnym fraku, pokorniejszy zdawał się być niż kiedy bądź. Dziękował mi, gdym go witał, za pamięć łaskawą, zapewniając o swej wdzięczności za taką względność268. Wdzięcznością tą prześladował mnie wieczór cały i za każdym razem, gdym się zbliżał do Agnieszki, pewien byłem, że dostrzegę cień jego za naszymi plecami.

Było jeszcze więcej gości, wszyscy sztywni i chłodni jak zamrożony szampan. Jeden zwrócił szczególną mą uwagę, zanim wszedł jeszcze i skorom usłyszał jego nazwisko: „Traddles!”.

Żywo mi się przypomniała szkoła w Salem House. Czyżby to był Tomcio, autor diabełków i kościotrupów?

Patrzałem na wchodzącego z niezwykłym zajęciem. Poważny i nieśmiały młodzieniec, z olbrzymią czupryną i szeroko roztwartymi oczyma, zaszył się w najciemniejszy kąt, tak, żem się nie mógł mu z początku dobrze przypatrzyć. Gdy mi się to udało, nie wątpiłem, że jest to istotnie Tomcio.

Poszedłem do pana Waterbrook, mówiąc mu, żem spotkał pod jego dachem szkolnego towarzysza.

— Doprawdy! — zawołał zdziwiony. — Byłeś pan w szkołach z panem Henrym Spikerem?