Było coś w głosie jego, gdy wspomniał o tym zarzewiu, w spojrzeniu, które prześliznęło się po mnie, coś, co mnie mrowiem przejęło. Zdawało mi się, że go nagle w pełnym ujrzałem świetle. Prośba o filiżankę kawy, innym zupełnie wymówiona tonem, przypomniała mi o obowiązku gospodarza domu. Ręce mi przy nalewaniu i podawaniu drżały jak w febrze. Z bijącym sercem czekałem, co dalej powie, pewien będąc, że uwadze jego nie uszło moje zmieszanie.
Nic już jednak więcej nie powiedział. Pił kawę spokojnie i pomału, spoconą, chłodną ręką pocierając brodę. Patrzał z kolei w ogień lub wodził okiem po ścianach pokoju, uśmiechał się czyli273 raczej zżymał, kiwał się ustawicznie tam i z powrotem, w zwykły sobie sposób, mnie pozostawiając kierunek dalszej rozmowy.
— Zatem — ozwałem się po długim milczeniu — pan Wickfield, który wart jest tysiąc razy więcej od pana... i ode mnie... od nas obu razem wziętych — nie chciałem jąkać się, lecz słowa grzęzły mi w gardle — zatem pan Wickfieid bywa nieoględny. Czy tak, panie Heep?
— O, bardzo, bardzo nieoględny — odrzekł z głębokim westchnieniem — jest to temat, którego nie chciałbym z nikim innym, oprócz pana, poruszyć. Z panem nawet, panie Copperfield, zaledwie tylko dotknę. Każdy inny, na moim miejscu, w ostatnich leciech kilku miałby pana Wickfielda, och, jaki to uczciwy, zacny człowiek, w ręku. W rę-ku, powtarzam — kończył pomału, z przyciskiem, wyciągając przed siebie długą rękę i uderzając nią po stole tak mocno, że się aż zatrzęsły wszystkie będące w pokoju przedmioty. Nie obudziłby we mnie większego wstrętu, gdybym go widział, jak depcze powalonego na ziemię pana Wickfielda.
— O tak! — ciągnął słodziutkim głosem, dziwnie odbijającym od tego gestu — o tak, nie ulega to żadnej wątpliwości. Gdyby inny był na moim miejscu, nastąpiłyby różne, ale to prze-różne straty; to i owo, sam nie wiem, co by nastąpić mogło. Pan Wickfield wie o tym, o, wie doskonale. Jestem tylko najuniżeńszym jego sługą, a podnosi mię274 do stanowiska, o jakim marzyć nigdy nie śmiałem. Ileż mu winienem wdzięczności! Ileż wdzięczności!
Zwrócony do mnie, lecz nie patrząc na mnie, rękę, którą zdjął ze stołu, podniósł do twarzy i niby brzytwą, chudym, długim palcem pocierał chude swe szczęki.
Pamiętam, z jakim wzruszeniem biło mi wówczas serce. Patrząc na jego rozświeconą ogniem twarz, wiedziałem, na co był gotów, do czego zmierzał.
— Ale zatrzymuję pana, panie Copperfield — ozwał się po chwili.
— Bynajmniej — odrzekłem — późno się zwykle spać kładę.
— Dziękuję, o dziękuję panu, panie Copperfield! — zawołał. — Byłeś pan zawsze dla mnie bardzo uprzejmy, lecz nie zapominam mimo to o mym skromnym położeniu i mam w Bogu nadzieję, że skromny i pokorny pozostanę zawsze. Nie weźmiesz też mi pan za złe i nie poczytasz za dumę i zarozumiałość, jeśli się z czymś panu zwierzę275. Prawda? Nie weźmiesz mi pan tego za złe?