— Nieznośne to stworzenie — mówiła, wydymając usteczka. — Nie wiem, co było ojczulkowi, gdy mi ją wybrał za towarzyszkę. Jak gdyby jej opieka była komu potrzebna! Ciekawam284, kto tu potrzebuje opieki! Nie ja pewno! Mam mego Jipa, to mi wystarczy. Prawda, Jipsiu, kochanie?
Mrugnął leniwie, gdy całowała kudłatą jego główkę.
— Ojczulek nazywa ją zaufaną mą przyjaciółką. Oho, Jip, wiesz ty przecie, że to nie jest, nie może być prawdą. My z Jipsiem nie mamy zaufania do takich nieznośnych istot; my z Jipsiem potrafimy sobie, gdy zechcemy, wybrać lepszych, prawdziwych, wiernych przyjaciół. Co, Jipsiu, kochanie, prawda?
Jip zmarszczył nosek na znak zgody; co do mnie, każde jej słowo było nowym ogniwem okalającego mi serce łańcucha.
— Smutno, Jipsiu, prawda — ciągnęła, wydymając usteczka — że ponieważ nie mamy dobrej, kochanej mamy, musimy znosić i mieć ciągle za plecami nieznośną tę pannę Murdstone! Prawda, Jip! Jipsiu, mój kochany! Nie, nie lubimy jej i postaramy się znaleźć sobie trochę szczęścia poza jej plecami. Dokuczamy nieznośnej tej babie! Wcale zadowalać jej nie myślimy, prawda, Jipsiu?
Gdyby to trwało jeszcze chwilę, nie wytrzymałbym i padłbym przed nią na kolana. Szczęściem byliśmy u wrót oranżerii. Była tam śliczna hodowla geranium. Przypatrywaliśmy się im długo. Co chwila Dora zatrzymywała się, śmiejąc się jak dziecko i zmuszając Jipa do wąchania najpiękniejszych okazów. Jeśli nie wszyscy troje, to ja już najpewniej czułem się jak w raju. Po dziś dzień zapach geranium budzi we mnie na poły tkliwe, na poły komiczne wrażenie i wywołuje wspomnienie kapelusza z niebieskimi wstążkami, gęstych pierścieni jasnych włosów, w szczupłych ramionach dziewczęcia pieszczonego kudłatego, czarnego psiaka, wszystko to na tle jasnej zieleni i różnobarwnego kwiecia.
Panna Murdstone szukała nas i tu znalazła. Podała Dorze do pocałowania zwiędłe swe, pudrem przysypane policzki i, biorąc ją pod ramię, poprowadziła nas na śniadanie z miną i krokiem, jak gdyby przewodniczyła pogrzebowi.
Nie wiem już, ile wypiłem filiżanek herbaty, nalewała ją Dora, pamiętam tylko, żem pił niepomiarkowanie dużo, aż do zniszczenia całego mego nerwowego systemu, jeślibym w one dni bywał nerwowy. Poszliśmy do kościoła. W ławce panna Murdstone oddzieliła mnie od Dory, słyszałem jednak śpiew jej i czułem się w siódmym niebie. Kazanie musiało być na temat Dory, o niej tylko myślałem i boję się bardzo, czy czasem nie do niej się tylko dnia tego modliłem.
Dzień zszedł spokojnie, bez towarzystwa, z przechadzką, obiadem w rodzinnym kółku, wieczorem spędzonym na przeglądaniu książek i rysunków. Panna Murdstone spełniała gorliwie swe obowiązki i nie spuszczała z nas oka. Ach, czy też mały pan Spenlow, drzemiąc po obiedzie w fotelu, z twarzą przykrytą chustką do nosa, domyślał się, jak tkliwymi w myśli obdarzałem go uściskami, marząc, żem już został jego zięciem? Czy przypuszczał chociażby, gdym się z nim przed nocą rozstawał, żem na jego głowę zwołał wszelkie błogosławieństwa Niebios, jak gdyby mi już obiecał dać córkę za żonę?
Wyjechaliśmy nazajutrz wcześnie. Mieliśmy dnia tego sprawę w Sądzie Admiralicji o zatonięciu okrętu, wymagającą dokładnej znajomości marynarki, że zaś znajomości tych nie posiadano u nas dostatecznie, sędzia zawezwał dwóch starszych marynarzy, jako biegłych, dla udzielania potrzebnych wskazówek. Zastaliśmy Dorę przy herbatnim stole i wsiadając do powozu, miałem szczęście ukłonić się jej stojącej na ganku z nieodstępnym Jipem na ręku.