— A pani Micawber?

— Tysiąc wdzięczności. Dzięki Niebu i żona moja in statu quo.

— A dziatki?

— Z przyjemnością przyświadczyć mogę, że są naszą pociechą i chlubą. Rosną w zdrowiu i cnotach.

Pan Micawber nie poznawał mnie widocznie, chociaż oka ze mnie nie spuszczał. Teraz dopiero, spostrzegłszy na mej twarzy uśmiech, którego nie zdołałem powstrzymać, cofnął się i po chwili zawołał:

— Byćże to może! Mamże292 szczęście znów spotkać pana Copperfielda?!

Uściskaliśmy sobie dłonie.

— Nieba! — wołał pan Micawber. — Kto by mógł przypuścić, że pan Traddles zna się z tym oto moim najdawniejszym przyjacielem, towarzyszem dni dawno minionych.

— Kochanie! Żono! — wołał, przechylając się nad schodami, gdy tymczasem Traddles zdumiony był tym, co dopiero słyszał. — Żono! Kochanie! Jest tu u pana Traddlesa pewien dżentelmen, który życzy sobie być ci przedstawiony.

Wrócił i znów uściskał mi obie dłonie.