Pani Micawber raczyła uznać, że jest istotnie doskonały.

— Wnoszę299 tedy — mówił mąż jej — za pozwoleniem przyjaciela naszego, tu obecnego Copperfielda, wnoszę toast na cześć dni, w których przechodziliśmy dłoń w dłoni strome ścieżki tego żywota. Możemy (w przenośni naturalnie) powiedzieć o sobie, żeśmy bywali na wozie i pod wozem. W każdym razie, śmiało to rzec mogę, doświadczyłem przyjaźni wzorowego tego młodzieńca i z podporą tejże przyjaźni pewien jestem, że pokonać zdołam przekorne300 mi losy.

Wychylił szklankę, my za nim. Traddles podziwiał mówcę stawiającego czoło przekornym losom.

— Ahum — odchrząknął pan Micawber i, zwracając się do żony, rzekł. — Duszko, kochanko! Jeszcze szklaneczkę.

Pani Micawber zadecydowała, że chyba parę tylko kropel, na naszą jednak prośbę szklanka wypełniona została po brzegi.

— Ponieważ jesteśmy tu między sobą — odezwała się, popijając poncz, pani Micawber — gdyż do swoich liczę obecnego tu wśród na pana Traddlesa, chciałabym zasięgnąć pańskiej rady, panie Copperfield, względem nowych widoków mego męża, co do zboża — rzekła ze stanowczością. — Przekonywałam właśnie męża mego, że jest to zajęcie szlachetne, lecz niepopłatne. O, nie! Wcale za popłatne uważane być nie może.

Zgodziliśmy się z tym.

— Zatem — ciągnęła pani Micawber, roszcząca pretensje do jasnego na rzeczy poglądu i wykładu — zatem pytam siebie: jeśli nie zboże, to co? Węgiel? Bynajmniej. Stosując się do wskazówek naszej rodziny, zwracaliśmy już uwagę w tę stronę, lecz bez powodzenia.

Pan Micawber, rozparty w krześle, z rękoma w kieszeniach, potakiwał skinieniem głowy nieprzepartym żoninym argumentom.

— Zatem — twierdziła bardziej jeszcze przekonywająco pani Micawber — odsunąć musimy na bok zboże i węgiel. Spoglądam dokoła siebie i pytam, co nam pozostaje, w czym zdolności męża mego znaleźć mogą odpowiednie sobie ujście? Nie mówmy o komisjonerstwie. Nie przedstawia ono żadnych gwarancji, a przy usposobieniu męża mego konieczne jest liczenie na pewne, niezawodne zyski.