Potakiwaliśmy obaj.
— Doskonale — ciągnęła pani Micawber — wróćmy do rzeczy. Oto mamy przed sobą męża mego, człowieka niepospolitych zdolności...
— Duszko! Kochanie! — wtrącił pan Micawber.
— Pozwól mi, kochanie, dokończyć. Oto mamy tu pana Micawbera, człowieka posiadającego najrozmaitsze zalety, talenty... powiedziałabym geniusza, boję się tylko, jako żona, być posądzona o pewną stronniczość.
— Nie! — przebąknęliśmy ja i Traddles.
— I oto — ciągnęła pani Micawber — ten sam pan Micawber nie zajmuje dotąd odpowiedniego sobie i talentom swym stanowiska. Czyja wina? Czyja, pytam, wina? Naturalnie, że społeczeństwa. Smutno to przyznać, ale tak jest, nie inaczej. Musimy powołać społeczeństwo do wymiaru sprawiedliwości. Cóż mamy przedsięwziąć? Sądzę... sądzę, kochany panie Copperfield, że jedno pozostaje memu mężowi: rzucić społeczeństwu rękawicę i zawołać: „Kto ją podejmie? Oto jestem!”.
Ośmieliłem się spytać panią Micawber, w jaki to mianowicie mogłoby nastąpić sposób.
— Ha! Przez ogłoszenia, ogłoszenia we wszystkich dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach. Pan Micawber powinien to uczynić przez wzgląd na siebie, na rodzinę, powiem więcej, przez wzgląd na społeczeństwo całe, które się na nim nie poznało. Trzeba się rozgłosić, zareklamować, opisać siebie jak najdokładniej, bez pominięcia najmniejszej zalety, z zakończeniem: „A teraz proszę o zajęcie, popłatne naturalnie; odpowiedzi adresować franco W. M. urząd pocztowy w Camden Town”.
— Przyznam ci się, kochany Copperfieldzie — rzekł na to, poprawiając kołnierzyk i z ukosa spoglądając na mnie, pan Micawber — przyznam ci się, że właśnie tę to myśl żony mojej miałem na uwadze, wzmiankując o owym wielkim skoku, jakiego zamierzam dokonać.
— Ogłoszenia w dziennikach pociągają znaczne koszta — zauważyłem nieśmiało.