— Wraca mu przytomność — rzekła Peggotty.
Pan Peggotty trącił mnie, mówiąc cicho i poważnie:
— Odpływ się zbliża.
— Barkis! Mój drogi — mówiła, pochylając się nad nim, żona.
— C. P. Barkis, najlepsza pod słońcem kobieta — zaszemrał głos konającego. Szeroko otworzył oczy.
— Patrz, poznajesz go, to jest pan Davy — mówiła Peggotty.
Sam miałem chęć spytać go, czy mnie poznaje, tak się uważnie we mnie wpatrzył. Wyciągnął ramiona i uśmiechnął się do mnie:
— Barkis gotów! — rzekł wyraźnie.
Była to godzina odpływu... Odpłynął ku nieznanym nam wybrzeżom.