— Chcę wiedzieć, kto to sprawił — powtórzył pan Peggotty.

— Paniczu — szepnął mi na ucho Ham — paniczu Davy, oddalcie się, muszę mu coś powiedzieć... czego nie powinniście słyszeć.

Cofnąłem się, opadłem na krzesło, oniemiałem.

— Chcę wiedzieć jego nazwisko — usłyszałem raz jeszcze.

— W ostatnich czasach — mówił Ham bezdźwięcznym głosem — kręcił się tu pewien lokaj... a także dżentelmen... lokaj i dżentelmen...

Pan Peggotty stał jak wryty, ze szklanym, zwróconym na Hama wzrokiem.

— Lokaj ten — ciągnął Ham z wysiłkiem — widziany był zeszłego wieczoru z dzieweczką naszą. Czatował na nią po kryjomu od tygodnia przeszło. Udawał, że opuścił Yarmouth, lecz czatował. Paniczu Davy! O, paniczu Davy!

Czułem naokoło mej szyi ramiona Peggotty. Byłem jak skamieniały. Gdyby dom się walił, nie zdołałbym powstać.

— Nieznany pojazd widziany był dziś rano o świcie, za miastem, na drodze do Norwich — ciągnął Ham dalej. — Lokaj ów podchodził doń, wracał, znów się zbliżył... tym razem z Emilką... tamten czekał w pojeździe... On to.

— Na Boga — krzyknął pan Peggotty, cofając się i zasłaniając twarz dłońmi jak przed ciosem — wiem już, jak się nazywa: Steerforth!