— Panna Trotwood — mówił pan Spenlow — jest bardzo stanowczą osobą, nie znosi żadnej opozycji. Podziwiam jej charakter i winszuję ci, Copperfieldzie, związku z ciotką. Niesnaski w rodzinach są smutnym, ale niemal powszechnym zjawiskiem, i rzecz cała mieć słuszność za sobą. A mariaż337 ów musi być zapewne dla pieniędzy?

Oświadczyłem, żem nic o tym nie wiedział.

— Doprawdy! — zawołał. — Wnosząc z tego, co mi Murdstone mówił, i z kilku słów uronionych przez jego siostrę, wnoszę, że jest to dobra partia.

— Pieniężna? — spytałem.

— Tak, ile mi się zdaje, posag i piękność.

— Tak! Młoda to osoba?

— Jak raz w miarę. Czekali pełnoletności.

— Niechże ją Nieba mają w swej opiece! — zawołała Peggotty z takim przejęciem, żeśmy się wszyscy zmieszali.

Szczęściem zjawił się Tiffey z rachunkiem, który pan Spenlow zaczął przeglądać, zatapiając brodę w kołnierzyk i pocierając czoło, z takim przy tym wyrazem twarzy, jak gdyby całą odpowiedzialność zrzucał na wspólnika, na wieczyście nieobecnego pana Jorkinsa.

— W porządku — rzekł — absolutnie w porządku. Gdyby to ode mnie zależało, kochany Copperfieldzie, zniżyłbym koszta do połowy. Nieszczęściem mego zawodu jest zależność od mego wspólnika, pana Jorkinsa.