Wszedłem do bawialnego pokoju, gdzie zastałem obie panie wraz z Jipem. Panna Mills przepisywała nuty — pamiętam, piosenkę zatytułowaną Na dnie miłości. Dora malowała. Co? Przeze mnie ofiarowane jej kwiaty. Któż potrafi wyrazić uczucia, jakie widok ten wzbudził we mnie. Kwiaty kupione na targu Covent Garden. Nie powiem, aby się odznaczały szczególniejszym podobieństwem lub aby w ogóle do prawdziwych podobne były kwiatów, poznałem je jednak od razu po wytłaczanym papierze, który podtrzymywał bukiet i którego wzór nader wiernie był przerysowany.
Panna Mills powitała mnie bardzo uprzejmie, ubolewając nad nieobecnością ojca, które to zresztą niepowodzenie znosiłem mężnym sercem. Po chwili, opuszczając pióro na Dno miłości, wyszła pod jakimś pretekstem z bawialnego pokoju.
Serce biło mi żywiej.
— Mam nadzieję, że koń pański zbytnio się nie zmęczył wówczas — odezwała się Dora, prześliczne podnosząc oczy. — Kawał to drogi!
Byłem zdecydowany zrzucić ciężar z serca.
— Tak — rzekłem — dla niego był to kawał drogi, gdyż go nic nie podtrzymywało.
— Biedny! Nie został nakarmiony? — spytała.
— Owszem... Owszem, nie brakło mu starań, tylko... Nie podtrzymywała go ta nadzieja szczęścia, którą żywiłem...
Dora opuściła spłonioną twarz. Siedziałem na brzegu krzesła, sztywny, z bijącym sercem. Chwilę trwało milczenie. Po chwili Dora ozwała się:
— Była jednak w dniu tym chwila, kiedy to mniemane szczęście...