— Wprawiasz mnie, Copperfieldzie, w zdumienie! — zawołał pan Spenlow.
Skinąłem głową.
— Istotnie — ciągnąłem — interesy ciotki mojej są obecnie w tak opłakanym stanie, że chciałem spytać pana, czybyśmy nie mogli odwołać zawartej pomiędzy nami umowy, chociażby z pewnym z mej strony ustępstwem — dodałem, zauważywszy chłodny wyraz jego twarzy.
Propozycja ta kosztowała mnie niesłychanie. Wszak jak o łaskę błagałem o to właśnie, co mnie oddalić miało od Dory.
— Zerwać umowę? — rzekł. — Zrzekasz się kariery?!
Starałem się wytłumaczyć mu, że istotnie przyszłość moja staje się niepewną. Nie przestrasza mnie jednak ta niepewność, jakem to nie bez emfazy utrzymywał, lecz co do teraźniejszości, wyznać musiałem, że pozostałem bez żadnych środków.
— Przykro mi słyszeć to — upewniał pan Spenlow — niesłychanie przykro. Nie są to jednak motywy dostateczne dla zrywania weszłej już w życie umowy. Proceder ten nieznany w zawodzie naszym, niedogodny, wcale niedogodny, gdy jednocześnie...
— Jesteś pan nader łaskaw... — począłem.
— Ależ nie! — przerwał mi. — Nie ma o czym mówić, chciałem to tylko powiedzieć, że jeślibym sam był tu zainteresowany, ale wspólnik mój, pan Jorkins...
Nadzieje moje upadły. Próbowałem dalej.