— Przepraszam pana! Tak właśnie, Traddles — mówiła panna Lawinia, spoglądając przez szkła na mój list. — Tak właśnie, Traddles, jurysta.
Traddles zarumienił się po uszy.
Co do mnie, chociaż nie byłem jeszcze do tego upoważniony, zdawało mi się, że słowa panny Lawinii, ciekawość takich szczegółów jak zawód mego przyjaciela najlepsze mi rokują nadzieje. Zdawało mi się, że panna Lawinia bierze młodociane me uczucia pod swą opiekę, a panna Klarysa wtóruje jej, zwracając się pamięcią ku bratu i zerwanym z nim stosunkom. To dodało mi odwagi, by zapewnić ponownie te panie, że kocham Dorę więcej, niż zdołam wyrazić, niż kto bądź zrozumieć to potrafi. Odwołałem się do świadectwa przyjaciela mego Traddlesa; poparł mnie z zapałem, jak gdyby szło o przekonanie całego areopagu445 sędziów. Wywarło to na staruszkach jak najlepsze wrażenie.
— Mówię zresztą z własnego doświadczenia — ciągnął Traddles — ponieważ sam jestem zaręczony z młodą osobą, jedną z dziesięciu sióstr w Devonshire, i na razie nie wiem jeszcze, kiedy miłość ma uwieńczona zostanie...
— Więc zgadzasz się pan na to, com dopiero rzekła — zawołała uradowana panna Lawinia — że prawdziwe przywiązanie skromne bywa, cofające się, wyczekujące...
— Najzupełniej się z tym zgadzam, pani.
Panna Klarysa pokiwała głową, patrząc na siostrę, panna Lawinia zaś zamieniła z nią spojrzenie i westchnęła cicho.
— Siostro Lawinio! Oto flakonik z octem! — zawołała panna Klarysa.
Panna Lawinia podniosła do nosa flakonik i, patrząc przyjaźnie na Traddlesa, mówiła dalej:
— Siostra moja i ja nie wiedziałyśmy doprawdy, panie Traddles, co myśleć o tym młodocianym przywiązaniu. Mogło ono być złudzeniem tak ze strony pana Copperfielda, jak i bratanicy naszej.