— Co mam przez to rozumieć? — spytałem.

— Prawnikiem jestem przecie — wykrzywił się — i nadaję słowom mym to tylko, jakie mieć mogą, znaczenie.

— A spojrzeniom?

— Spojrzeniom! No! Ciężki z pana sędzia śledczy! Spojrzeniom?

— Tak jest, spojrzeniom? — pytałem.

Zdawał się być rozbawiony, śmiał się, pocierał brodę i, nie podnosząc oczu, mówił pomału:

— Gdy byłem tylko pokornym, nędznym aplikantem, pani Strong spoglądała na mnie z góry. Zawsze ciągnęła do siebie mą Agnieszkę, rozkochana była w panu, panie Copperfield, ale ja... co ja tam znaczyć mogłem w jej oczach. A i w jego — dodał po chwili milczenia, pocierając wciąż brodę.

— Czyż nie znasz doktora?! — zawołałem. — Chcesz, aby myślał o tych, których nie widzi!

Spojrzał na mnie z ukosa, wydął policzki, pocierając je ze zdwojoną energią:

— Nie doktora mam na myśli, wcale nie! — zawołał. — Mówiłem o panu Maldon.