Agnieszka zauważyła, że nie najlepiej chyba musiałem o niej mówić, skoro Dora wątpić mogła w jej sympatię.
— Przeciwnie — zawołała Dora, wstrząsając kędziorami — tyle mi dobrego mówił o tobie, że aż byłam przestraszona. Tak bardzo liczy się z twoim zdaniem.
— Zdanie moje — odrzekła Agnieszka, uśmiechając się — nie jest w stanie wpłynąć na jego uczucia. Nie ma ono żadnego znaczenia.
— Ale o mnie, proszę, nie myśl źle — prosiła, przymilając się, Dora.
Żartowaliśmy z niej. Dora nazwała mnie głuptasem, oświadczyła, że mnie wcale nie lubi, i wieczór uleciał na skrzydłach czasu, lekki jak pajęcze nici w pogodne dni jesienne. Zbliżała się chwila odjazdu. Stałem przed kominkiem, a Dora zakradła się cichutko, by mnie jak zwykle pocałować na pożegnanie.
— Nie sądzisz, że gdybyśmy się już dawniej przyjaźnili — rzekła z błyszczącym wzrokiem, drobną rączką niedbale bawiąc się guzikiem mego surduta — byłabym może mądrzejsza.
— Bredzisz, duszko! — odrzekłem.
— Bredzę — pytała, nie patrząc mi w oczy — czyś tylko pewien, że bredzę?
— Najpewniejszy.
— Zapomniałam — pytała, kręcąc wciąż nieszczęsny guzik — w jakim stopniu jesteście z sobą spokrewnieni?