— Tak cię znów widzę pogodną, Agnieszko, że mi do serca wstąpiła otucha i myślę, że domowe twoje sprawy ułożyły się pomyślnie.
— Uspokoiłam się — rzekła — weselsza jestem.
Spojrzałem na jasną, spokojną, ku gwiazdom podniesioną twarz.
— Nie, w domu żadne nie zaszły zmiany — ozwała się po kilku chwilach.
— Żadnej nowej zmiany, daruj to pytanie, Agnieszko, w tym, o czym była mowa podczas ostatniej mej u was bytności?
— Żadnej — odrzekła.
— Dużo myślałem o tym.
— Zapomnij, pamiętaj tylko, że polegam na uczuciu i prawdzie — rzekła, a po chwili dodała: — I nie bój się, proszę, abym się kiedy zdecydowała na krok ów, którego się lękasz dla mnie.
Chociaż właściwie nie przypuszczałem nigdy, aby się nań kiedy mogła zdecydować, słysząc z ust jej to zapewnienie, uczułem spadający mi z serca ciężar. Upewniłem ją o tym.
— A teraz — rzekłem — niewiele już mamy przed sobą czasu. Kiedyż się znów, kochana Agnieszko, zobaczymy? Kiedy znów przyjedziesz do Londynu?