— Zdaje mi się, panie Copperfield — ciągnął słodko Uriah — że nie rozumiesz pan, w czym rzecz. Otóż za najświętszy uważałem obowiązek zwrócić uwagę czcigodnego doktora na postępowanie jego małżonki. Uczyniłem to wbrew mym chęciom, doprawdy, upewnić o tym pana mogę, panie Copperfield! Temat to nader nieprzyjemny, lecz obowiązek przede wszystkim.
Dziwię się, żem go nie chwycił za kołnierz i nie wytrząsł z wstrętnego cielska potwornej duszy.
— Mówiliśmy już o tym z panem, panie Copperfield — ciągnął — ale niejasno, gdyż żaden z nas swobodnie przedmiotu tego nie chciał dotykać. Zdecydowałem się na to wreszcie i powiedziałem właśnie czcigodnemu doktorowi, że... co pan powiada?
Jęk wyrwał się z piersi starca, jęk ten kamień by poruszył, ale nie Uriaha.
— Że — ciągnął on słodziutko, łasząc się pokornie — każdy, kto raz ujrzy małżonkę czcigodnego doktora i pana Maldona, zauważyć może, iż nie są sobie obojętni. Przyszedł nareszcie czas (chociaż nie naszą jest rzeczą wtrącać się), aby otworzyć oczy czcigodnego doktora na to, co już wszem i każdemu z osobna wiadomym było przed odjazdem jeszcze pana Maldona do Indii. Nikt też nie wątpił, po co pan Maldon z Indii wracał i co go tu zatrzymuje. W chwili gdyś pan wszedł, panie Copperfield, odwołałem się do obecnego tu mego kolegi — tu przekrzywił się w stronę pana Wickfielda — zobowiązując go, aby zaświadczył, co sam tylokrotnie zauważył. Dalej tedy, dalej panie Wickfield! Kolego, zaświadcz, proszę.
— Na Boga żywego — stłumionym, drżącym głosem, dotykając ramienia przyjaciela, mówił pan Wickfield — na Boga żywego, kochany doktorze! Nie przypisuj zbytniej wagi niedającym się może usprawiedliwić podejrzeniom, domysłom.
— Ha! — zawołał Uriah — co za smutne, a wymowne zeznanie tak wiernego przyjaciela! Gdym był jeszcze aplikantem, pamiętasz, Copperfieldzie, ileśmy razy zauważyli, jak się wzdrygał, nie śmiejąc w dobroci swej i przyjaźni przerwać niestosownego dla panny Agnieszki stosunku.
— Przyjacielu mój drogi, kochany przyjacielu! — drżącym głosem mówił prawnik — nie zważaj na to. Wiesz, że słabością moją było szukać we wszystkim przyczyn i to mnie zaślepiało, nasuwało niczym częstokroć nieusprawiedliwione podejrzenia.
— Więc miałeś podejrzenia? — głucho, nie podnosząc głowy, odezwał się doktor Strong. — Podejrzewałeś?
— Śmiało, śmiało, kolego! — zachęcał Uriah.