— Chciałem się raz pozbyć ciebie, nędzniku, psie niegodny! — zawołałem, wyrywając rękę, którą ściskał nerwowo w zimnej, śliskiej swej dłoni.
— Czy tak? — rzekł, pocierając mimo woli płonącą zapewne z bólu twarz. — Nie uda ci się to już może.
— Przekonałem cię przynajmniej, jak dalece gardzę tobą. Nie boję się niecnych twych pogróżek. Nie możesz już nawarzyć nic gorszego nad to, coś nawarzył.
Zrozumiał doskonale, że to, co mnie dotąd powstrzymywało i wiązało względem niego, musiało zostać stanowczo pominięte. Zapewnienie Agnieszki rozwiązało mi istotnie ręce.
Milczał. We wbitym we mnie jego wzroku mieniły się wszystkie odcienie podłości i wściekłości.
— Zawsześ był przeciw mnie — rzekł wreszcie, odejmując rękę od twarzy. — Od dawna wiedziałem o tym.
— Myśl sobie, co ci się podoba — odparłem ze wzgardą.
— A ja cię jednak zawsze lubiłem — dorzucił.
Nie raczyłem odpowiedzieć i, wziąwszy kapelusz, chciałem wyjść. Stanął pomiędzy mną a drzwiami.
— Do kłótni trzeba, by obie strony były niezadowolone — zauważył. — Ja nie mówię tego o sobie.