— I ty, ty mi to możesz wyrzucać! — szlochała Dora. — Czyż nie wiesz, że onegdaj, jak tylko posłyszałam, że lubisz rybę, poszłam sama, Bóg wie jak daleko, by ci zgotować tę niespodziankę?
— I wdzięczny ci byłem, tak wdzięczny, że nie wspomniałem nawet, że kupiony łosoś wystarczyłby na sześć osób i kosztował więcej, niż wydawać możemy.
— A zdawałeś się zadowolonym — westchnęła Dora — nazwałeś mnie „myszką”.
— I teraz cię, jeśli chcesz, tysiąckrotnie tak nazwę!
Serduszko jej do żywego snadź było zadraśnięte, bo się nie dawała pocieszyć. Szlochała i wzdychała, a mnie, jako winowajcę biedy, sumienie gryzło. Musiałem przy tym wyjść, wróciłem późno i cały wieczór nie miałem spokoju. Zdawało mi się, żem popełnił monstrualną zbrodnię.
Wróciłem do domu po północy i przestraszyłem się bardzo, zastawszy ciotkę.
— Cóż się stało? — zawołałem.
— Uspokój się, chłopcze — mówiła — kwiatek nasz był nie w humorze, więc dotrzymywałam jej towarzystwa, oto wszystko.
Opuściłem głowę, byłem pognębiony. Czułem, że mnie ciotka nie spuszcza z oka. Widocznie też była niespokojna.
— Upewniam cię, ciotko — mówiłem — żem się dręczył cały wieczór, wiedząc, że się tu Dora martwi. Upewniam cię, żem się chciał z nią zgodnie i łagodnie rozmówić na temat naszego gospodarstwa i nie przypuszczałem, że się obrazi.