Rozdział XLV. Pan Dick spełnia przepowiednie ciotki
Przeszło już sporo czasu, odkąd przestałem pracować z doktorem, lecz, mieszkając w jego sąsiedztwie, widywałem go często. Kilka razy byliśmy u niego na obiedzie lub herbacie. Herod-baba królowała ciągle pod dachem zięcia. Nie zmieniła się wcale i te same zawsze motyle zdobiły jej czepiec.
Podobnie do wielu innych spotykanych matek, pani Markleham bardziej od córki spragnioną była zabawy, a jak wszelkie tego rodzaju baby dogadzała sobie, poświęcając się niby dla dobra córki. Zastosowywała się tedy w zupełności do żądań zięcia, poszukując rozrywek, niby to dla Annie.
Nie chcąc tedy, nie wiedząc o tym, jątrzyła ranę jego serca. Lekkomyślność i egoizm częstokroć, niestety, nie opuszczają nas w przejrzałym, że tak rzec można, wieku i boję się bardzo, czy przez lekkomyślność i egoizm pani Markleham nie utwierdzała doktora w przekonaniu, że jest ciężarem dla młodej żony, że wszelka łączność uczuć jest niemożliwa przy podobnej różnicy wieku.
— Duszo moja kochana — mówiła na przykład — sam to rozumiesz przecie, że Annie nie może więdnąć tu jak w więzieniu.
Doktor, potakując, skłaniał głowę.
— Gdy dosięgnie mego wieku — dodawała, wachlując się — to co innego. Mógłbyś mnie zamknąć w czterech ścianach, na dwa spusty, a nie zatęskniłabym do świata, ale Annie nie jest swoją matką.
— Zapewne, zapewne — potakiwał doktor.
— Najpoczciwszym jesteś pod słońcem stworzeniem — kończyła, przerywając ruch przeczący zięcia — powtarzam w oczy, co za oczy zwykłam mówić, najlepszym pod słońcem jesteś stworzeniem, wszystkim to wiadomo, ale jasne jest, że nie możesz we wszystkim zgadzać się z Annie.
— Nie, zapewne! — smutnie odrzekł doktor.