Wszyscyśmy pozostali486 głusi na to wołanie i Herod-baba mdlała i cuciła się sama.
— Annie — mówił z czułością doktor, biorąc żonę za obie ręce. — Dziecko moje, nie z twojej to winy zaszły zmiany w stosunku naszym. Ja sam temu winienem, wiem to, i wierzaj mi, przywiązanie moje do ciebie, uwielbienie, szacunek w najmniejszej nie zmieniły się mierze. Kocham cię, poważam, z całego serca pragnę twego szczęścia. Powstań, Annie! Proszę.
Nie powstając z kolan i podnosząc na niego wzrok załzawiony, przytuliła się do niego. Po chwili opuściła głowę na jego kolana, mówiąc:
— Jeśli mam tu przyjazną duszę, która by chciała mówić za mnie i za mego męża, jeśli mam przyjazną duszę, która by chciała wyjaśnić dziwne nieco podejrzenie, błagam ją o wyjaśnienie okrutnej tej sytuacji.
Przez chwilę nikt nie odpowiadał, zdobyłem się wreszcie na odwagę.
— Pani Strong — rzekłem — wiem coś, co mi mąż pani polecił zachować w tajemnicy, lecz co wyjawić teraz stało się obowiązkiem moim. Pozwoli mi pani mówić?
Spojrzała na mnie poprzez łzy. Zrozumiałem, że jestem na dobrej drodze.
— Spokój nasz domowy w twoich, kochany Copperfieldzie, pozostaje rękach — rzekła. — Mów, proszę, i nic nie ukrywaj; wiem z góry, że mi nikt nie zdoła powiedzieć nic takiego, co by zaćmiło dobroć i szlachetność mego męża! Niech więc żaden wzgląd na mnie cię nie wstrzymuje. Za wszystko odpowiem, tu przed nim, a tam przed Bogiem!
Po słowach tych zbytecznym byłoby pytać o pozwolenie doktora. Opowiedziałem tedy szczegółowo, łagodząc tylko wyrażenia Uriaha, scenę, która odegrała się w tym samym gabinecie. Któż zdoła zliczyć wykrzykniki, którymi Herod-baba ustawicznie przerywała moje opowiadanie.
Annie słuchała z opuszczoną na kolana męża głową. Gdym skończył, ujęła rękę męża i podniosła ją do ust. Pan Dick podniósł ją. Stojąc, nie odrywając spojrzenia od męża, mówiła: