— Coś na kształt tego, aż do dyliżansu, a dyliżans powiezie aż tam...
Jak na siebie, pan Barkis — tak się zwał woźnica — powiedział wiele, gdyż, jak już zauważyłem, był powolny i na ogół małomówny. Ofiarowałem mu uprzejmie ciastko, połknął je od razu niby słoń, bez najmniejszego wysiłku na twarzy.
— Czy to ona piekła?
— Pan ma zapewne na myśli Peggotty?
— Tak! — odrzekł mi na to.
— Tak, panie. To ona piecze nam ciasto i gotuje obiady.
— Piecze ciasto!
Wydął usta jak do gwizdania, nie zagwizdał jednak, tylko się wpatrzył w uszy swego konia, jak gdyby je po raz pierwszy widział. Po długim milczeniu mruknął:
— Bez słodkich zalecanek, co?
— Słodkich potraw — poprawiłem, wyobrażając sobie, że mu ślinka ciecze do ust na wspomnienie przysmaków.