— Słyszał, co Littimer mówi?
— Słyszał.
— Dobre z ciebie dziecko, Różo! — rzekła, a zwracając się do mnie, dodała:
— Zamieniłam kilka listów z byłym przyjacielem pańskim, lecz nie naprowadziło go to na drogę obowiązku i rozsądku. Pobudki moje wiadome są panu. Jeśli przyzwoity ten jegomość, który tu był z panem i dla którego, jak widzę, nic więcej zrobić nie mogę, doścignie celu swych poszukiwań, zasłoni to mego syna przed powtórnymi zasadzkami. Gotowa jestem nagrodzić.
Mówiąc to, patrzała w dal nieokreśloną.
— Pani — odrzekłem — rozumiem doskonale pobudki pani, lecz upewnić panią mogę, że to dziewczę znane mi od dzieciństwa ulec musiało namowom i obietnicom jej syna, a gdy się one nie spełniły, nie przyjmie szklanki wody z jego lub pani rąk, choćby konała z pragnienia. Myli się pani bardzo co do charakteru tego dziewczęcia.
— Nie, Różo, nie — uprzedziła wybuch swej towarzyszki pani Steerforth. — Niech i tak będzie. Słyszałam, żeś się pan ożenił?
Odpowiedziałem, że istotnie od niejakiego już czasu jestem żonaty.
— I dobrze się panu powodzi? Mało mnie wieści dochodzi w odosobnieniu moim, słyszałam jednak, że imię pańskie coraz większego nabiera rozgłosu.
— Istotnie — rzekłem — udało mi się zyskać pobłażliwych czytelników.