Gdy tak rozpaczała, na twarzy towarzysza mego mogłem wyczytać historię jego bratanicy, jeślibym nawet nic o niej nie wiedział. Nigdy przedtem ani potem, na żadnej ludzkiej twarzy nie widziałem wyrazu takiego przestrachu i współczucia, jakie malowały się w całej postaci starca. Drżał na całym ciele, a dotykając ręki jego, przekonałem się, że była jak lód zimna.
— Mówi w gorączce — szepnąłem mu. — Uspokoi się wkrótce.
Nie wiem, co mi na to odrzekł, widziałem, że mu się usta poruszyły, lecz słów nie słyszałem. Wyciągniętą, zesztywniałą dłonią wskazywał nieszczęsną dziewczynę.
Płakała teraz z ukrytą w ręku twarzą, leżąc prawie u nóg naszych, żywy obraz upadku i nędzy! Wiedząc, że nic od niej nie wydostaniemy, dopóki będzie w tym stanie, powstrzymałem chcącego ją podnieść starca, wyczekując cierpliwie, aż się nieco uspokoi.
— Marto — rzekłem wreszcie, pomagając jej powstać — czy poznajesz mego towarzysza?
Oparła się o wywróconą łódź, siły ją opuszczały.
— Poznaję — szepnęła.
— Szliśmy tu za tobą — rzekłem.
Milcząc potrząsnęła głową; nie podnosząc oczu, mięła w ręku chustę, nie wiedząc zapewne, co czyni; drugą rękę przyciskała do czoła.
— Czyś się uspokoiła o tyle, aby mi móc odpowiadać — pytałem — gdyż chcę mówić z tobą o czymś, co cię bardzo zajmie. Pamiętasz ów śnieżny wieczór u drzwi oberży?