— Nic — odrzekła.
— Nic? — spytałem.
Zarzuciła mi ręce na szyję, zaśmiała się, nazwała siebie ulubionym swym przezwiskiem: „gąska”, skryła wreszcie na mym ramieniu twarzyczkę, w takiej ilości loczków, że trudno je było rozgarnąć.
— Zrobiłbym lepiej, nie ucząc rozsądku mej żoneczki? — pytałem, śmiejąc się. — Co?
— A widzisz! Tegoś chciał, ty brzydki chłopcze!
— Ale to już przeszło — mówiłem — kocham ją taką, jaka jest.
— Czy tylko prawdę mówisz? — pytała, przytulając się do mnie.
— Prawdę! Po co mam pragnąć zmieniać to, co mnie uszczęśliwiało i uszczęśliwia. Najbardziej ci do twarzy, Doro moja, gdy jesteś sobą! Porzućmy tedy wszelkie próby i wróćmy do dawnego szczęścia.
— Szczęścia! — powtórzyła. — Od rana do nocy, od nocy do rana. I nie będziesz się gniewał, chociaż się znajdą czasem w domu jakie małe nieporządki? Nie będziesz?
— Nigdy.