— Nieźle, dziękuję panu!
— Niech się pan mocno trzyma — zalecał pan Dick.
Pan Micawber rozrzewnił się i z dłonią w dłoni nowego przyjaciela zaczął:
— Przeznaczeniem moim było, w tej panoramie, jaką jest życie ludzkie, napotykać tu i ówdzie oazy. Tak zielonej, świeżej, ożywczej, jak tutaj, nie spotkałem nigdzie.
Innym razem wszystko to bawiłoby mnie nieskończenie, teraz jednak czułem w tym wszystkim przymus i, obserwując bacznie mego gościa, widziałem w nim walkę pomiędzy chęcią zwierzenia się z czymś i chęcią zachowania tajemnicy. Walka była tak widoczna, że się aż gorączkował. Traddles, siedząc na brzegu krzesła, z poburzonymi i sterczącymi włosami, wpatrywał się w pana Micawbera, nie mogąc zdobyć się na słowo. Ciotka, chociaż też pilnie obserwowała gościa, zachowywała największą śród nas równowagę, podtrzymując rozmowę.
— Pan jesteś odwiecznym przyjacielem mego bratanka — mówiła — żałuję, żem nie miała przyjemności znać pana dawniej.
— Pani! — odpowiedział pan Micawber. — To ja na tym straciłem najwięcej, nie mając zaszczytu znać pani wówczas, gdym nie był jeszcze takim, jak obecnie, rozbitkiem!
— Rodzina pańska w dobrym, mam nadzieję, pozostaje zdrowiu?
Pan Micawber pochylił głowę.
— Pani! — rzekł z rozpaczą. — Wyrzutkom obcym dobrej doli zdrowie zwykło służyć.