— Mów pan, kochany panie, co panu jest — nalegałem. — Jesteś wśród prawdziwych swych przyjaciół.
— Wśród przyjaciół? — wybuchnął z rozpaczą. — Właśnie dlatego, żem się znalazł śród przyjaciół, nie mogę dłużej wytrzymać. Pytacie mnie panowie, co mi jest? Pytajcie raczej: w czym rzecz? Rzecz w podłości, rzecz w nikczemności, oszustwie, fałszerstwie, knowaniach niecnych, a wszystkiemu temu na imię: Heep.
Ciotka klasnęła w dłonie, wszyscyśmy się porwali z miejsca jak piorunem rażeni.
— Ha! Powiedziałem — wołał pan Micawber, machając chustką do nosa i rękoma tak, jak gdyby wypłynął z zalewającej go fali. — Powiedziałem! Niewiele mi pozostaje życia, dni me policzone, pozbawiony jestem wszystkiego, co może przy życiu utrzymać. Galerami mi była u tego łotra służba, galerami! O! Oddajcie żonę moją, dzieci, rodzinnego życia niewinne i święte pociechy, wskrzeście dawnego Micawbera z nędznika, który nie śmiałby rozwiązać rzemyka u obuwia tamtego, i każcie mi jutro noże i węże połykać, a chętnie to uczynię.
Unosił się. Starałem się go uspokoić. Próżno. Unosił się coraz bardziej, nie podobna513 było dojść z nim do słowa.
— Nie! — wołał, gorączkując się, gestykulując, sapiąc. — Dłonią nie dotknę dłoni uczciwego człowieka, dopóki nie zdemaskuję, nie zgniotę jaszczurki tej, padalca: Heepa! Nie pozwolę sobie z niczyjej korzystać gościnności, góry poruszę z posad i cały wybuch Wezuwiusza cisnę na głowę tego łajdaka: Heepa. Jeść, pić, pod tym zwłaszcza dachem, ponczu wychylać nie mogę, zanim nie wydrę oczu, nie splunę w twarz łgarzowi temu, faryzeuszowi. Nie! Nie chcę znać nikogo, słowa nie przemówię, nie spocznę, zanim nie zgniotę, w atomy nie rozproszę zdrajcy tego, krzywoprzysięzcy: Heepa!
Bałem się, by nie dostał apoplektycznego ataku. W gardle go dławiło nazwisko Heepa, drżał cały, a potem opadł bezsilny na krzesło, wodząc po nas błędnym wzrokiem, czerwony, siny, z kroplami potu na czole, złamany. Chciałem mu pośpieszyć z pomocą, porwałem szklankę wody, powstrzymał mnie jednak, wyciągając patetycznie rękę.
— Nie! Copperfieldzie! Nie! Nie zbliżaj się do mnie, aż... aż... panna Wickfield... zadosyćuczynienie... ze szpon tego szatana: Heepa.
Zdawało się, że podtrzymuje go jedynie nienawiść.
— Tajemnica — mówił urywanym głosem, szeptem raczej — przed światem całym, bez wyjątku: tajemnica. Za tydzień, od dziś, rano przy wszystkich... tu... obecnych... nie wyłączając ciotki... dobrodziejki... w hotelu... w Canterbury, gdzie ja i pani Micawber... zerwiemy maskę z tego nędznika: Heepa. Ani słowa więcej, cyt! Odchodzę... nie jestem w stanie... sprowadzę... na ślady zdrajcy: Heepa...